Tylko zraniony uzdrowiciel potrafi naprawdę leczyć? Refleksje terapeuty o własnych ranach i drodze pomagania

Często wracałam do pytania, które – mam wrażenie – towarzyszy wielu osobom pracującym w zawodach pomocowych:
czy mogę wspierać innych, jeśli sama mam jeszcze tyle do przepracowania?
Czy muszę najpierw dojść do własnego „końca historii”, zanim zacznę towarzyszyć komuś w jego?

To niepokój, który bywa cichy, ale uporczywy. Taki, który potrafi podważyć kompetencje, poczucie misji i sens zawodowy. A jednocześnie jest jednym z najbardziej naturalnych pytań, jakie może sobie zadać dobry terapeuta.

Podczas kursu Brainspottingu, w którym brałam udział, padło zdanie, które mocno we mnie wybrzmiało:

„Leczenie to proces, w którym lekarz uzdrawia samego siebie, gdy uzdrawia innych. To dlatego tylko zraniony uzdrowiciel potrafi naprawdę leczyć.”

To zdanie we mnie zostało. Nie dlatego, że daje łatwą odpowiedź – ale dlatego, że otwiera ważną przestrzeń do myślenia o roli terapeuty i o ludzkim wymiarze pomagania.

Czy można wczuć się w ból, którego się nie doświadczyło?

Wciąż powraca inne pytanie:
czy człowiek, który sam nie przeszedł przez ciemność, może naprawdę zrozumieć cierpienie drugiej osoby?

Czy ktoś, kto nigdy nie miał depresji, jest w stanie pojąć, jak wygląda dzień, w którym wstanie z łóżka przypomina zdobycie kilku ośmiotysięczników naraz?
Czy ktoś, kto nigdy nie doświadczył ataku paniki, może wiedzieć, jak to jest, gdy ciało nagle przestaje słuchać logiki i faktów, choć umysł spokojnie powtarza: „nic ci nie grozi”?

Przypomina mi się rozmowa z moją teściową sprzed lat.
Zapytała:
„ale jak to – nie można wstać z łóżka? Jak trzeba, to się przecież wstaje”.

No nie.
Nie wtedy, kiedy depresja przygniata ciało tak mocno, że nawet oddech wydaje się wysiłkiem.
Nie wtedy, kiedy lęk przyjmuje formę, nad którą nie masz kontroli.
Nie wtedy, kiedy ciało zamiera jakby na przeciwko lwa, mimo że jedynym zagrożeniem jest własna, niespokojna myśl.

Dla osoby cierpiącej to nie kaprys, nie słabość i nie lenistwo.
To doświadczenie, które trzeba przeżyć, aby zrozumieć – bo słowa czasem nie wystarczają.

 

Moje własne rany i wybór ścieżki zawodowej

Gdy patrzę wstecz, widzę jasno:
to moje trudne doświadczenia zaprowadziły mnie do psychologii i terapii.
Nie wybrałam tej drogi z akademickiej ciekawości czy zawodowego pragmatyzmu.
Wybrałam ją, bo życie postawiło przede mną takie pytania, na które nie mogłam nie odpowiedzieć.
To właśnie ból ukształtował moją wrażliwość, kierunek, intuicje, sposób patrzenia na człowieka.

I nie, nie jestem „naprawiona”, „skończona”, „idealnie przepracowana”.
I dobrze.
Bo człowiek „skończony” nie istnieje.
A terapeuta, który udaje nieporuszalnego, zamyka sobie drogę do prawdziwej empatii.

 

Czy naprawdę tylko zraniony uzdrowiciel potrafi leczyć?

Myślę, że… i tak, i nie.

Tak – bo doświadczenie cierpienia zmienia perspektywę.

Rany, które znamy, uczą:

  • pokory wobec ludzkiej psychiki,
  • delikatności wobec tematów, które innych mogą przytłaczać,
  • uważności na niuanse, których nie widać w podręcznikach,
  • braku oceniania.

To dzięki nim terapeuta potrafi czasem powiedzieć:
„rozumiem” – i klient to naprawdę czuje.

Nie – bo nie trzeba mieć wszystkich chorób świata.

Nie trzeba:

  • mieć depresji, żeby rozumieć depresję,
  • mieć ataków paniki, by pracować z lękiem,
  • znać każdej traumy, by słuchać o traumie.

Profesjonalne zrozumienie nie polega na „przeżyłam dokładnie to samo”,
lecz na:

  • empatii,
  • regulacji,
  • wiedzy,
  • obecności,
  • ciekawości drugiego człowieka,
  • zdolności do mentalizacji.

Nie musisz wchodzić w ogień, by wiedzieć, że parzy.
Ale jeśli kiedyś się poparzyłaś, to będziesz ostrożniejsza i bardziej uważna na tych, którzy dopiero wyciągają rękę.

 

Może więc prawda leży pośrodku?

Może nie chodzi o to, by terapeuta był „wyleczony”, „czysty”, „bez skazy”.
Może chodzi o to, by był świadomy swoich ran, a nie by je całkowicie wyeliminował.
Świadomość pozwala nie przenosić ich na klientów.
Świadomość pozwala lepiej rozumieć drugiego, ale również siebie.

Może więc zraniony uzdrowiciel nie jest kimś, kto dopiero dzięki terapii innych leczy siebie – choć czasem i tak się zdarza.
Może jest kimś, kto nie wstydzi się tego, że też jest człowiekiem.

 

Na koniec jedno zdanie, które lubię sobie przypominać:

Nie musisz być w pełni uzdrowiona, by pomagać.
Musisz być świadoma siebie, uważna i odpowiedzialna.
Reszta wydarza się w relacji.